Motoryzacja przyszłości, czyli wojna z kierownicą

Kiedyś samochód był symbolem wolności. Dzisiaj coraz częściej przypomina podejrzany przedmiot znaleziony na granicy strefy ekologicznej.

Kierowca stał się wrogiem publicznym numer jeden. Nie wiadomo tylko, kiedy dokładnie to nastąpiło. Prawdopodobnie gdzieś między kolejnym słupkiem a trzecią podwyżką opłat parkingowych.

Miasta prowadzą dziś dziwną grę. Z jednej strony likwidują miejsca parkingowe, zwężają ulice i montują kolejne ograniczenia. Z drugiej — są kompletnie zaskoczone, że ludzie nadal próbują dojechać do pracy.

Powstają „zielone strefy”, do których za chwilę będzie można wjechać wyłącznie rowerem, hulajnogą albo moralną wyższością. Człowiek z dwudziestoletnim dieslem zaczyna czuć się jak przemytnik kontrabandy.

Najlepsze są jednak komunikaty ekspertów. „Proszę korzystać z transportu publicznego” — mówią ludzie mieszkający w centrum dużego miasta. Tymczasem ktoś z mniejszej miejscowości patrzy na rozkład autobusów i odkrywa, że ostatni kurs do jego wsi odjechał w 2009 roku.

I oczywiście wszystko odbywa się dla dobra klimatu. Tyle że przeciętny obywatel zaczyna mieć wrażenie, że klimat uratują głównie jego wyrzeczenia.

Motoryzacja przyszłości wygląda więc coraz bardziej jak gra survivalowa. Znajdź parking. Znajdź ładowarkę. Znajdź aplikację. Znajdź cierpliwość.

A potem jeszcze usłysz, że to wszystko dla twojej wygody.

Zostaw komentarz

Przewijanie do góry