Kiedyś człowiek sam musiał podejmować decyzje. Było to męczące, ryzykowne i prowadziło do sytuacji, w których można było przypadkiem przeczytać coś niezgodnego z własnym zdaniem.
Na szczęście pojawił się algorytm. Wie, co chcemy obejrzeć, zanim otworzymy aplikację. Wie, co nas oburzy, co rozbawi i przy czym zatrzymamy palec o pół sekundy dłużej. Najprawdopodobniej zna nas lepiej niż rodzina, a z pewnością częściej sprawdza, na co patrzymy.
Nie trzeba już szukać świata. Świat został starannie wybrany i dostarczony pod drzwi ekranu. Człowiek ma tylko kliknąć.
Osobisty kelner rzeczywistości
Algorytm przypomina kelnera, który po trzech wizytach przestaje podawać kartę. „Dla pana jak zwykle” — mówi i przynosi to samo danie. Początkowo jest wygodnie. Po roku człowiek odkrywa, że restauracja ma czterdzieści potraw, ale on zna jedną.
W internecie wygląda to elegancko. Lubisz filmy o samochodach? Dostaniesz więcej samochodów. Zatrzymałeś się przy materiale o politycznym skandalu? Za chwilę cały kraj będzie składał się ze skandali. Obejrzałeś poradnik o zdrowiu? Do wieczora dowiesz się, że prawdopodobnie masz dwanaście chorób i niedobór pierwiastka dostępnego w promocyjnym pakiecie.
System nie pyta, czy coś jest dla nas dobre. Pyta, czy zostaniemy jeszcze chwilę. To drobna różnica, mniej więcej taka jak między bibliotekarzem a właścicielem kasyna.
Bańka z wygodnym fotelem
Najprzyjemniejsza jest pewność, że wszyscy rozsądni ludzie myślą podobnie do nas. Wystarczy kilka tygodni przewijania i ekran zaczyna to potwierdzać. Ci sami komentatorzy, podobne żarty, znajome oburzenia. Przeciwnik występuje głównie w formie najbardziej absurdalnego zdania, jakie udało się znaleźć po drugiej stronie.
Tak powstaje bańka informacyjna — nie jak więzienie, lecz jak salon z miękkim fotelem. Drzwi nie są zamknięte. Po prostu coraz rzadziej mamy ochotę wstać.
Dyskusja traci sens, bo każda grupa otrzymuje własny zestaw faktów, ekspertów i dowodów na to, że pozostałe grupy oszalały. Wspólna rzeczywistość zostaje zastąpiona kilkoma kanałami tematycznymi.
Oburzenie ma dobry czas oglądania
Spokój jest słabym produktem. Człowiek spokojny odkłada telefon i robi herbatę. Człowiek oburzony czyta komentarze, odpowiada nieznajomym i wraca sprawdzić, czy ktoś przypadkiem nie obraził go ponownie.
Dlatego internet tak chętnie podsuwa treści, które podnoszą ciśnienie. Nie musi nikogo przekonać. Wystarczy, że nie pozwoli mu odejść. Każda awantura jest małym ogniskiem, przy którym ogrzewa się statystyka zaangażowania.
My również dokładamy drewna. Udostępniamy rzeczy, które uważamy za skandaliczne, by ostrzec innych przed ich skandalicznością. W rezultacie skandal otrzymuje darmową dystrybucję, a algorytm zapisuje w notesie: proszę podać więcej.
Czy to jeszcze mój wybór?
Nie chodzi o to, że po drugiej stronie ekranu siedzi tajny komitet wybierający nam poglądy. Mechanizm jest prostszy i przez to skuteczniejszy: pokazuje to, na co najpewniej zareagujemy. Z czasem reakcja zaczyna udawać decyzję.
Wybieramy film spośród filmów, które ktoś wcześniej wybrał dla nas. Czytamy wiadomość, która wygrała konkurs o naszą uwagę. Słuchamy muzyki podobnej do tej, której słuchaliśmy wczoraj. Wszystko jest osobiste, dopasowane i zaskakująco przewidywalne.
Wygoda nie jest zła. Źle robi się dopiero wtedy, gdy przestajemy zauważać jej cenę: coraz mniejszą przypadkowość, ciekawość i cierpliwość do rzeczy, które nie trafiają w punkt po trzech sekundach.
Mały ruch oporu
Można czasem wejść na stronę zamiast do aplikacji. Przeczytać cały tekst, nie tylko nagłówek. Obserwować kogoś, z kim nie zgadzamy się w połowie spraw, ale kto potrafi je uzasadnić. Wyłączyć automatyczne odtwarzanie. Zapytać: dlaczego właściwie to widzę?
To nie jest rewolucja. To kilka drobnych gestów odzyskiwania własnej uwagi. Algorytm nadal będzie działał, lecz przestanie być jedynym redaktorem dnia.
Największym luksusem internetu nie jest dziś dostęp do wszystkiego. Jest nim możliwość samodzielnego wyboru, czemu nie poświęcić ani sekundy.
Algorytm wie, co klikniemy. Nie musi jeszcze wiedzieć, co pomyślimy później.