Rozmyślania o śmieciach, które przestały być skarbem

Wstęp

Pamiętam czasy, gdy karton po telewizorze był wejściówką do małej ekonomii osiedla. Wystarczyło złożyć, przycisnąć nogą, dorzucić dwie reklamówki butelek PET i już człowiek czuł się jak lokalny potentat surowcowy. Skupy miały zapach wczesnego kapitalizmu: trochę kurzu, trochę benzyny, dużo nadziei. Za worek białej folii – parę złotych. Za makulaturę – mniej, ale razem „za pełny samochód” wychodziło kilkaset złotych i poczucie, że planecie też jest milej.

Segregacyjny tetris

Teraz? Teraz żyjemy w epoce „segregacyjnego tetrisa”. Sześć pojemników, każdy w kolorze jak z katalogu farb: żółty (ale nie wszystko, co żółte!), niebieski (ale nie ten błękitny kubeczek po jogurcie ze sreberkiem, bo sreberko to inny rozdział dramatu), zielony (szkło, byle nie to z lustra, bo lustro to psychologia, nie recykling), brązowy (bio, czyli odpady z sumieniem), czarny (na wyrzuty sumienia) i… zawsze jeszcze jakiś pojemnik, o którym gmina przypomni w PDF-ie na stronie z 2019 roku.

Niech mi ktoś wyjaśni, kiedy to surowiec wtórny przeistoczył się w kapryśną hrabinę, którą trzeba myć, czesać, odkręcać, zakręcać, odklejać etykiety i podawać przez lewe ramię, bo inaczej majestat się obrazi i pojedzie do spalarni.

Plastik i teatr awangardowy

Kiedyś człowiek wrzucał „plastik do plastiku” i – co najdziwniejsze – ktoś był w stanie to odkupić. Dziś plastik jest jak awangardowy teatr: wielowarstwowy, meta, z finałem, którego nikt nie rozumie, a bilety coraz droższe.

Rozporządzenia jak sudoku

Rządzący – ci z zacięciem do rozporządzeń jak do sudoku na czas – zdają się uważać, że im więcej przepisów, tym czystszy świat. A więc dostaliśmy katalog odpadów dłuższy niż instrukcja do pralki i równie zrozumiały. Co tydzień nowa broszura, czasem w PDF-ie, czasem w życiu, a najczęściej w mandacie. I tak, z dumą ogłaszają „wyższe poziomy recyklingu”, a nam wzrastają głównie poziomy frustracji.

Oczywiście, wszystko „dla dobra planety” – tylko dlaczego planeta za każdym razem przychodzi po dopłatę?

Ekonomia śmieci się odwróciła

Kiedyś ekonomia śmieci była prosta: ktoś płacił, bo potrafił przerobić. Dziś koszty wzięły kredyt hipoteczny i zamieszkały w naszych rachunkach. Prąd droższy, paliwo droższe, praca droższa, a opakowania lżejsze i bardziej wyszukane niż sztuczki kuglarza: folia na papierze, papier na plastiku, etykieta na wszystkim. Recykler patrzy na to jak jubiler na plastikowe korale – niby błyszczą, ale warte są tyle co nic. Więc rachunek prosty: płaci mieszkaniec. Najpierw za segregację, potem za odbiór, na końcu – za moralną satysfakcję, że „tak trzeba”.

Dawniej jakoś działało

A pamiętacie jeszcze te niezamknięte wiaty śmietnikowe, w których nawet mysz nie zdążyła wziąć gazetki do norki? Ktoś to zbierał, ktoś z tego żył. Nie był to może model podręcznikowy, ale działał. Dzisiaj wszystko jest podręcznikowe: pojemniki od linijki, czujne oczy kontroli, a przepisy tak czułe, że nawet Mozart by się nie odważył improwizować. Efekt? Papier leży, folia leży, a opłaty stają na palcach, by zobaczyć, jak mogą jeszcze trochę urosnąć.

Sortownia, która potrafi wyłapać butelkę po lemoniadzie z tłumu plastiku, zasługuje na fanfary.

Technologia potrzebuje sensu

Nie zrozumcie mnie źle – technologie są wspaniałe. Sortownia, która potrafi wyłapać butelkę po lemoniadzie z tłumu plastiku, zasługuje na fanfary. Tylko że technologia lubi mieć paliwo w postaci sensu. A sens kończy się tam, gdzie zaczyna się biurokratyczna spirala: „jeszcze tylko ten jeden przepis” – mówią – „który doprecyzuje ten poprzedni, co wyjaśniał tamten sprzed dwóch lat, który miał znieść ten pierwszy”. I tak, jak w dobrym kabarecie, puenta jest nieuchronna: płacimy więcej, śmiecimy mądrzej, a recykling – paradoksalnie – ma coraz większy problem.

Co poszło nie tak?

Co poszło nie tak? Niewiele i wszystko. Zmieniliśmy opakowania na lżejsze i bardziej skomplikowane, rynki – na bardziej kapryśne, przepisy – na gęstsze od barszczu. Wyszło jak zwykle: intencje ekologiczne, skutki ekonomiczne. Na końcu łańcucha stoi obywatel z butelką w ręku i pytaniem, czy nakrętka to jeszcze plastik, czy już filozofia.

Na końcu łańcucha stoi obywatel z butelką w ręku i pytaniem, czy nakrętka to jeszcze plastik, czy już filozofia.

Czy jest wyjście?

Czy jest wyjście? Jest. Mniej magii w opakowaniach, więcej zwykłego rozsądku: prostsze materiały, depozyt na butelki, jasne i jednolite reguły (jedno państwo – jeden zestaw zasad, nie „gmina A mówi tak, gmina B mruga okiem”). I jeszcze drobiazg: niech rachunek przestanie się opierać na tym, że najłatwiej kasować tych na końcu. Jeśli producent wymyślił opakowanie jak łamigłówkę, niech za nie płaci jak za łamigłówkę.

Puenta

A nam – zwykłym użytkownikom rzeczywistości – zostawmy kawałek świata, w którym surowiec wtórny znowu ma wartość, a nie tylko wagę na fakturze. Bo dopóki do kubła wrzucamy przede wszystkim pieniądze, dopóty recykling będzie przypominał spektakl, w którym bilet kosztuje więcej niż przedstawienie. Na razie pozostaje mi odłożyć tę butelkę do odpowiedniego koloru – i modlić się, żeby etykieta nie miała doktoratu z polimerów. Jeśli ma, to chociaż niech zda egzamin u urzędnika. W końcu ktoś musi.

Zostaw komentarz

Przewijanie do góry