
Może mam naiwny pomysł, ale skoro w każdej branży mówi się o „rozliczaniu za efekt”, to czemu nie spróbować tego samego w sądach i urzędach? Może wynagrodzenie – albo przynajmniej jego solidna część – powinno zależeć od skutecznego i terminowego zakończenia sprawy?
Bo dziś bywa tak: sprawa ciągnie się latami, firma wisi w próżni, kontrakty przepadają, ludzie tracą pracę, komuś brakuje do chleba, ktoś jest zawieszony i nie może normalnie funkcjonować. A po drugiej stronie? Co miesiąc przelew na konto, niezależnie od tego, czy teczka leży w szafie, czy faktycznie coś się dzieje.
Nie chodzi o lincz na sędziach czy prokuratorach. Chodzi o elementarną odpowiedzialność za czas. W prywatnej firmie, gdy projekt ciągnie się bez końca i generuje straty, ktoś za to odpowiada. W administracji latami „toczy się postępowanie” i… właściwie nic.
Może warto wprowadzić realną motywację do sprawnego działania. Sprawa załatwiona rzetelnie i w rozsądnym terminie – jest wynagrodzenie. Sprawa wlecze się bez powodu – nie ma premii, a może są konsekwencje. Proste zasady.
Bo państwo, które działa latami zamiast w miesiącach, kosztuje wszystkich. A za ten koszt ktoś w końcu powinien brać odpowiedzialność – nie tylko podatnik.