Miasto chce mniej samochodów, kierowca chce zaparkować pod drzwiami, a pieszy chciałby po prostu przejść. Trzy marzenia, jedno wolne miejsce i nieśmiertelna kartka „Zaraz wracam”.
„Zaparkuję na chwilę” brzmi niewinnie. Awaryjne, sprint po bułki, powrót. W praktyce chwila bywa jednostką kosmologiczną. Samochód stoi, kierowcy nie ma, a kartkę na szybie archeologowie datują na międzywojnie.
Niewykluczone, że właściciel wróci. Pytanie, czy przed zakończeniem remontu ulicy.
Parkingowy tetris bez przegranych. Podobno
Miasto gra w tetris, tylko klocki stają na skosie, w bramie i przy przejściu. Autobus próbuje skręcić, dostawczak wystaje, pieszy przeciska się między lusterkami. Każdy jest tu tylko na chwilę. Wyłącznie przeszkoda ma stały meldunek.
Perełką jest małe auto miejskie zajmujące dwa miejsca. Niewielkie, zwinne, sprytne. Zaparkowane tak precyzyjnie, że nie skorzysta z żadnego z tych przymiotników nikt poza właścicielem.
„Przecież stoję w liniach”.
Owszem. Dwóch miejsc naraz.
Gorzej, gdy kierowca uznaje przejście dla pieszych za parking o doskonałej lokalizacji. Prawo zabrania zatrzymywania się na przejściu i w odległości mniejszej niż 10 metrów przed nim. Na drodze dwukierunkowej o dwóch pasach ruchu zakaz obejmuje również 10 metrów za przejściem.
Dziesięć metrów to odległość, którą kierowca znakomicie ocenia, kiedy wypatruje miejsca. Gdy ma zostawić ją wolną, nagle potrzebuje geodety.
Chodzi o widoczność. Dziecko nie powinno wychodzić zza maski SUV-a, żeby sprawdzić, czy ktoś nadjeżdża. Kierujący ma zobaczyć pieszego, zanim ten znajdzie się przed samochodem.
Drożdżówka może zaczekać. Droga hamowania nie negocjuje.

Półtora metra to nie szerokość dobrych chęci
Nie każdy samochód stojący częściowo na drodze dla pieszych łamie przepisy. Artykuł 47 Prawa o ruchu drogowym dopuszcza takie zatrzymanie lub postój pod warunkami.
Przy wjechaniu kołami jednego boku albo przedniej osi limit dopuszczalnej masy całkowitej wynosi 2,5 tony. Muszą też być spełnione pozostałe wymogi, między innymi brak odpowiedniego zakazu, pozostawienie chodnika o szerokości co najmniej 1,5 metra i nieutrudnianie ruchu pieszym. Wjazd przednią osią nie może tamować ruchu na jezdni. Cały samochód osobowy przy krawędzi jezdni to odrębny wariant przewidziany w tym przepisie.
Samo „przecież ktoś się zmieści” nie wystarcza. Pieszy nie ma obowiązku przejść bokiem, wciągnąć brzucha ani złożyć wózka do rozmiaru bagażu podręcznego.
Kierowca mierzy przestrzeń wzrokiem. Rodzic z dzieckiem sprawdza wynik eksperymentalnie. Gdy brakuje centymetrów, zostaje jezdnia. Bezpieczeństwo można przecież na moment zawiesić, skoro samochód już stoi.
W lutym 2025 roku „Raport Warszawski”, za organizacją Stop Cham Warszawa, opisał sytuację na Domaniewskiej. Według tej relacji mężczyzna poruszający się na wózku musiał korzystać z jezdni, bo chodniki zastawiały auta, a przejście dodatkowo utrudniały roboty drogowe.
Kierowca znalazł miejsce. Człowiek na wózku dostał w zamian pas ruchu. Przestrzenią podzielono się sprawnie, tylko jedna strona nie brała udziału w ustaleniach.

Słupek nie przyjmuje wyjaśnień
Na szczęście istnieje urządzenie, które nie potrzebuje aplikacji, kamery ani kampanii społecznej.
Słupek.
Stoi i nie rozumie, że zakupy zajmą sekundę. Nie wzrusza go deszcz, spóźnienie ani pilna potrzeba odebrania paczki. Nie reaguje nawet na argument, że wszyscy tak parkują.
Oczywiście źle ustawiony słupek też bywa przeszkodą. Nie wolno urządzać toru przeszkód dla osób niewidomych i użytkowników wózków, żeby odstraszyć kierowców. Ale sensownie zabezpieczona przestrzeń potrafi skuteczniej chronić chodnik niż znak, którego treść każdy uznaje za skierowaną do kogoś innego.
Warszawski ZDM informował o poprawie bezpieczeństwa na 119 przejściach w 2025 roku. Stosowano różne rozwiązania, nie same słupki: między innymi przebudowy, azyle, progi i doświetlenie.
To informacja o wykonanych zmianach, nie dowód, że każda z nich sama rozwiązała wszystkie problemy. Pokazuje jednak rozsądny kierunek: projektować ulicę tak, żeby niebezpieczne zachowanie było trudniejsze. Uprzejma prośba do sumienia kierowcy ma ograniczoną nośność.
Samochód na jezdni. Cywilizacja przetrwała
W kwietniu 2024 roku na warszawskiej Mokotowskiej przeniesiono parkowanie z części chodnika na jezdnię. Według ZDM liczba miejsc na zmienionym odcinku nie spadła, a ulica pozostała dwukierunkowa.
Piesi odzyskali przestrzeń. Samochody nadal miały gdzie stać. Odkrycie godne osobnej tablicy pamiątkowej: człowiek może chodzić chodnikiem bez wywoływania kryzysu gospodarczego.
Nie wszędzie da się zrobić to samo. Czasem miejsca trzeba ograniczyć, czasem zmienić organizację ruchu. Ale zanim ogłosimy, że każde przesunięcie linii zniszczy handel, można obejrzeć projekt.
Wojna z kierowcami jest chwytliwym hasłem. Koniec wojny wózka z błotnikiem — mniej chwytliwym, za to przydatnym.
Parkometr popiera zmianę. Najpierw prosi o płatność
Władze miejskie też zasługują na chwilę uwagi. Z jednej strony plakaty z rowerem w słońcu. Z drugiej — kolejne strefy płatnego parkowania. W uzasadnieniu zwykle rotacja.
W Krakowie według zasad obowiązujących od 30 kwietnia 2026 roku opłaty w podstrefach A, B i C pobierane są zasadniczo do godziny 22. W A również w niedziele niehandlowe, z określonymi zwolnieniami, między innymi dla uprawnionych użytkowników Karty Krakowskiej. Niedziele handlowe i wskazane święta mają własne zasady.
Rotacja ma sens. Auto pozostawione na cały dzień zajmuje miejsce, z którego mogliby skorzystać kolejni ludzie. Opłata może też zachęcać do innego sposobu dojazdu.
Tyle że parkometr nie jest autobusem. Nie dowiezie do centrum człowieka, któremu właśnie podrożał postój.
Potrzebne są połączenia, parkingi przesiadkowe, miejsca dostaw i czytelne reguły. Inaczej miasto jedną ręką prosi kierowcę, żeby nie przyjeżdżał, a drugą wystawia mu coraz staranniej przygotowany cennik pobytu.
Laweta jak poniedziałek
Nie każdy źle zaparkowany samochód można odholować. Artykuł 130a przewiduje konkretne przesłanki. Jedną z nich jest pozostawienie pojazdu w miejscu zabronionym, gdy utrudnia ruch albo zagraża bezpieczeństwu. Inne dotyczą między innymi nieuprawnionego zajęcia miejsca dla osoby z niepełnosprawnością czy postoju tam, gdzie znak zapowiada usunięcie na koszt właściciela.
Ale gdy warunki są spełnione, reakcja nie powinna zależeć od szczęścia. Laweta ma być jak poniedziałek: przewidywalna i trudna do odwołania dobrymi chęciami.
Nie potrzeba pokazowego polowania raz na kwartał. Potrzeba przekonania, że zastawienie przejazdu nie jest rozsądną strategią na szybkie zakupy.
Chwila ma mieć koniec
Kierowca czasem naprawdę musi podjechać. Dostawa nie przyjdzie tramwajem, ciężkie zakupy nie staną się lżejsze od przeczytania miejskiej strategii.
Dlatego potrzebne są zatoki dostawcze, dostępne miejsca dla osób z niepełnosprawnościami i stanowiska krótkiego postoju. Tam, gdzie ma to sens, można wyznaczyć limit kilkunastu minut i rzeczywiście go egzekwować.
Chwilówka ma być chwilą, nie garażem na osiem kaw.
Ulica nie pomieści każdej potrzeby tuż pod wskazanymi drzwiami. Brak idealnego miejsca nie przenosi jednak prawa własności do chodnika na człowieka, który akurat przyjechał samochodem.
Awaryjne nie unieważniają przejścia. Kartka nie otwiera zablokowanej bramy. „Zaraz wracam” nie pomaga komuś, kto teraz musi zejść na jezdnię.
Sam jestem kierowcą. Właśnie dlatego wolę jasne zasady niż codzienny konkurs bezczelności, w którym nagrodą jest pięć metrów mniej do sklepu.
Zdejmijmy wreszcie tę kartkę. Wszyscy już wiemy, że wrócisz.
Pozostaje pytanie, dlaczego przez ten czas reszta ma chodzić dookoła.

Nie przegap kolejnego wrzenia.
Nowe felietony prosto na Twój e-mail.
Zapisując się, zamawiasz powiadomienia o nowych felietonach Punktu Wrzenia. Potwierdź adres linkiem w wiadomości. Wypiszesz się w każdej chwili. Polityka prywatności.